Błyskawiczna edukacja ideologiczna

Standardowy

 

Nie zdziwił nikogo fakt, że prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o reformie edukacji. Co prawda wielu pocieszało się możliwością wpływu na tę decyzję jego szanownej małżonki, która jeszcze kilkanaście miesięcy temu sama pracowała, jako nauczycielka. Kto myślał, że opinia pani prezydentowej znajdzie większy posłuch u głowy państwa, niż przekonania znanego „szeregowego posła”, ten musiał się srogo rozczarować. Cóż, za taką naiwność  to i tak niewielka cena. 

Gdy prezydent, śmigając żwawo na nartach, zagłębiał się w otchłaniach wątpliwości, w internecie powstała teoria mająca wytłumaczyć „prawdziwą” przyczynę jego przedłużającej się refleksji. Według niej każdy, kto chociaż raz zastanawiał się nad wyborem koloru tuszu w długopisie, z łatwością powinien zrozumieć trudną sytuację głowy naszego państwa. Wiadomo, od koloru użytego wkładu zależy choćby widoczność napisanego tekstu. Ustawa nie jest zaś treścią lekką i podpis pod nią wypada, aby był czytelny, klarowny, żeby nikt nie miał doń w przyszłości zbędnych zastrzeżeń. Prezydent zawsze winien być niezłomny, nawet w tak prozaicznych czynach.

Zmiany w edukacji nie będą takie straszne, jak diabeł, czyli opozycja ją maluje. Jak podkreśliła swojego czasu pani minister edukacji narodowej, Anna Zalewska, nie dojdzie do likwidacji gimnazjów, tylko ich wygaszania. Wiadomo, jak wielka różnica semantyczna jest między zwykłym zdychaniem, a odchodzeniem w pokoju, prawda? Pocieszenie płynie również z ognistej deklaracji samego niezłomnego prezydenta, który nie kryje prawdziwego celu zmian w polskim szkolnictwie. „Będziemy uczyć, kto jest bohaterem, a kto zdrajcą”, tak brzmi obietnica władzy. Ukochany suweren nie będzie już musiał dokonywać samodzielnej oceny drugiego człowieka. Ten wielki, moralny ciężar, rządzący zdejmą z barków Kowalskiego. Małe Kowalszczątka opowiedzą rodzicom, ba, pokażą pulchnym paluszkiem, kto odgórnie ma być uznawany za bohatera, a kto za zwykłego padalca. Skąd to będą wiedzieć? Z błyskawicznie uzdrowionej etycznie przez PiS szkoły, oczywiście!

Żeby nie utonąć w „różowym” samozadowoleniu władza musi wziąć jednak pod uwagę istnienie takich indywiduów, które – zapewne czysto złośliwie – zechcą wciąż myśleć, oceniać ludzi i świat samodzielnie. Wiecie, takie (zapewne) „mierne jednostki” nie snujące marzeń o krwawym oddaniu życia za dobro Matki Ojczyzny (czytaj: władzy). Zdarzy się pewnie i tak, że wzorem Józefa Hena*, zamarzy się komuś „zwyczajność”. Nie martwcie się tym! O to, żeby nikomu nie zachciało się za bardzo „…żyć, możliwie nieźle, wykonywać to, do czego się nadajemy…kochać i być kochani…” zadbają już nasze służby mundurowe, którym tak ostatnio do twarzy w anielskich szatach.

 

*Józef Hen – polski pisarz, publicysta, dramaturg, scenarzysta i reportażysta. Zamieszczony cytat pochodzi z wywiadu opublikowanego na portalu onet.pl.

Prezenty dla władzy

Standardowy

 

Coś dziwnego dzieje się z opozycją. Jej zdecydowana, jednomyślna reakcja na kryzys parlamentarny sprawiła, że wielu ludzi uwierzyło w zjednoczenie tworzących ją różnych ugrupowań. Niestety, fuzja marzeń wielu Polaków chyba długo nie potrwa. Na tej kruchej, nowo powstałej materii pojawia się coraz więcej szpecących ją rys. Najbrzydsze są dziełem tych, którzy winni lśnić polityczną nieskazitelnością na tyle, aby przekonać do słuszności swoich argumentów i obranych strategii jak największą część społeczeństwa.

W przestrzeni publicznej nie do przecenienia jest wiarygodność. Zapomniał o tym lider Nowoczesnej, gdy zdecydował się odpocząć od naszej, nieciekawej o tej porze roku, aury pogodowej. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie newralgiczny moment polityczny, w którym znajduje się obecnie polski parlament. Lider ugrupowania pełni wyjątkową funkcję. Nie sposób wziąć sobie wolnego od tego stanowiska. Dowódca nie powinien zostawiać swoich ludzi na „placu boju”. Urlop od kryzysu parlamentarnego to nietrafiony pomysł, który obnażył brak doświadczenia politycznego lidera. Kilka dni po tym, jak media zachłystywały się wspomnianą powyżej wakacyjną podróżą, jej bohater postanowił „wyjść przed szereg”, by z błyskiem w oczach zasugerować sposób rozwiązania kryzysu parlamentarnego. Zaskoczenie było wielkie, szczególnie w szeregach niedawno zjednoczonej opozycji. Lider Nowoczesnej nie wziął pod uwagę tego, że jego propozycja (mówiąca o tym, żeby senatorzy PISu zgłosili poprawki opozycji) koliduje z oficjalną postawą (negującą prawomocność uchwalenia ustawy budżetowej) protestujących koleżanek i kolegów z sejmu. Cóż, na wakacjach należy nosić kapelusz tudzież czapkę z daszkiem, gdyż promienie słońca w za dużych dawkach najwyraźniej bardziej szkodzą, niż relaksują. Opozycja potyka się o własną nogę, która nosi dumne imię Ryszard.

Pierwsze dni stycznia okazały się pechowymi i dla innego opozycyjnego lidera – Mateusza Kijowskiego. Pytany w ubiegłym roku o źródło swoich dochodów oznajmiał, że pomaga mu rodzina. W mediach rozpętała się burza, gdy na jaw wyszły faktury, które wystawiał Komitetowi Obrony Demokracji za świadczenie usług informatycznych. Lider dużego, bardzo w dzisiejszych czasach potrzebnego Polsce, ruchu obywatelskiego wiele stracił w oczach społeczeństwa. Nie musiało tak się stać. Każdy wie, że garnków nie sposób napełnić ideałami. Nikt nie miałby mu za złe, gdyby otrzymywał comiesięczne wynagrodzenie za pracę na rzecz tego nowego, szalenie dynamicznego, ruchu obywatelskiego. Niestety, ktoś, może sam Kijowski, uznał transparentność za niezbyt istotny „szczegół”. W rezultacie wielu ma teraz do niego żal za ukrywanie faktów. Tłumaczenia opierające się na natrętnym powtarzaniu słowa „niezręczność” nikogo szczególnie nie przekonują. Ujawnione faktury kwestionują rzetelność przyszłego przywództwa Mateusza Kijowskiego. Dlaczego? Bo lider musi być wiarygodny. Skazy na jego wizerunku bezpośrednio uderzają w dobre imię reprezentowanej przez niego organizacji.

 

Odkąd PiS przejął ster władzy w Polsce, wszyscy pocieszali się tym, że partia ta w końcu potknie się o własne nogi. Tymczasem to opozycja strzela sobie kolejne samobóje. Szkoda. Polska potrzebuje krzepkiej, zdecydowanej opozycji prowadzonej przez silnych, przewidujących liderów. Ludzi potrafiących przedzierać się przez meandry politycznej rzeczywistości. Takich, którzy zdołają przekuć porażkę w zwycięstwo. Polska potrzebuje cudu. Na razie, niestety, musi zadowolić się kolejnym kryzysem – tym razem kryzysem wiarygodności liderów opozycji. Wygląda na to, że Święty Mikołaj szczególnie upodobał sobie rządzącą partię. Kalendarz pokazuje już styczeń, jednak grubas z poalkoholowym rumieńcem obdarowuje PIS kolejnymi „ładnymi” prezentami – przygotowywanymi dłońmi Ryszarda Petru i Mateusza Kijowskiego. 

Zastanów się, co robisz, władzo!

Standardowy

 

 

  Wiele się działo przedostatniej nocy. Każdy, kto śledzi życie polityczne, na pewno bardzo późno poszedł wtedy spać. Jedni siedzieli przed odbiornikami telewizyjnymi, inni natomiast postanowili wyjść z domów i wyrazić swoje oburzenie wydarzeniami, które miały miejsce w polskim parlamencie.

Co czułam widząc ludzi przytupujących z zimna na warszawskich ulicach? Radość? Nie. To nie była radość. Raczej zmieszanie, niepokój. Żal, że w mojej ojczyźnie politycy wydają się nie szanować zasad demokracji. Cały czas miałam świadomość, że to kolejne wydarzenie, które podzieli społeczeństwo. Epizod, który będzie wykorzystywany przez polityków do skłócania ze sobą suwerena. Niestety, władza niszczy morale, przede wszystkim swoje własne, ale zawsze ma również ogromne zakusy na rozkład kręgosłupa etycznego swoich wyborców . Pokazując palcem wrogów, władza niszczy społeczny spokój. Panowanie od zarania wieków uderzało ludziom do głowy, niczym mocny alkohol. Dziś jest tak samo. Działanie używki zwanej władzą nie zmienia się. Podobnie, jak niepokój społeczeństwa, których prawa są w ciągłym niebezpieczeństwie. Apetyt na kreowanie rzeczywistości według widzimisię silniejszego nieustannie rośnie w miarę rządzenia.

Pamiętam, jak jeden z polityków partii rządzącej gorąco zapewniał wyborców, że nigdy nie użyje siły fizycznej wobec narodu polskiego. Niestety, tamtej nocy okazało się, że między obiecankami, a rzeczywistością zieje olbrzymia wyrwa. Policja użyła siły fizycznej wobec pokojowo demonstrujących obywateli Polski. Z tych „potyczek” mundurowych z ludźmi, którymi jedyną bronią w tamtej konfrontacji był głos, w pamięci utkwił mi szczególnie jeden incydent. Gdzieś około trzeciej nad ranem spod Sejmu postanowił wymknąć się  „szeregowy poseł z Żoliborza”. Do sunącego powoli auta podbiegł jakiś młody mężczyzna. Odpychany brutalnie przez policjantów, z rozpaczą, podszytą smutkiem, krzyknął:

- Zastanów się, co robisz, Jarek?!

Kamera uchwyciła na moment twarz adresata. Uśmiechał się. Nie w sposób przyjazny, miły. Ten grymas wyrażał pełną wyższości i lekceważenia ironię.

Ciemna limuzyna odjechała. Znikła twarz wykrzywiona parodią uśmiechu.

 

Dlaczego ludzie wyszli na ulice?  Nie dlatego, że wolą marznąć w grudniową noc. Patrzyłam na twarze młode, a także poważnie naznaczone ubiegłymi latami. Byłam i jestem przekonana, że ludzie ci nie pragnęli tzw. zadymy, o którą posądzają ich politycy z partii „szeregowego posła z Żoliborza”. Robili to ze strachu, z obawy przed „chichotem historii”. W mojej ojczyźnie ludzie  mają świadomość, że o wolność trzeba dbać. Nigdy nie była ona dana nam raz na zawsze. Historia Polski to nie bajka, gdzie dobro zawsze zwycięża zło. To opowieść o tym, że zło nigdy do końca nie umiera. Żywi się butą i pychą. Bezrefleksyjnym przekonaniem o swojej wyższości i bezbłędności takich ludzi, którzy śnią okrutny sen o władzy absolutnej.

- Szanujcie przekonania innych.

Powiedziała premier tego kraju.

- Nie odmawiajcie innym prawa, których sami się dopominacie.

Dodała bez cienia wstydu. Naprawdę, pani premier?

 

Buta bieży przed upadkiem. To zdanie – wytrych, które jeszcze całkiem niedawno notorycznie było używane przez obecną władzę. Hardość, nieustępliwość partii rządzącej zakłóca spokój codzienności społeczeństwa. Ludzie łakną pewności, którą daje im ustanowione demokratycznie prawo. Nie są naiwni, wiedzą, że każdy może popełniać błędy. Nie idealizują  polityków. Błędy, rzecz ludzka. Wystarczy przeprosić, zrobić mały krok do tyłu, by znów móc iść z podniesionym czołem do przodu. Szkoda, że każda władza ma problem ze zrozumieniem tej zasady. Również ta, która do wyborów szła z hasłem: „Dobra zmiana”.

 

Polityk, zawód wysokiej szkodliwości społecznej

Standardowy

 

 

 Bardzo długo uważałam, że polityk to taki sam zawód jak każdy inny. Dzisiaj muszę przyznać, że żyłam w błędzie. Polityk to fach szczególny przede wszystkim z jednego powodu – to zawód wysokiej szkodliwości społecznej.

 

Trzynastego grudnia, wieczorem, siadam przed odbiornikiem telewizyjnym. Jako widz lubiący od czasu do czasu „ekstremalne” przeżycia, postanawiam prześledzić programy informacyjne nadawane przez dwie stacje telewizyjne – komercyjną i tzw. „narodową”. W rezultacie mojej pochopnej decyzji już po chwili wysłuchuję tyrady o „komuchach”, którzy nijak nie potrafią pogodzić się z utratą „koryta”. Oracji o biednych, niemądrych, przeciętnych zjadaczach chleba słuchających złego, czyhającego na polską suwerenność, „zachodu”. Znajduję również mocne wypowiedzi o personach nie nadających się do władzy, maluczkich etycznie i podłych. Spośród wszelkich negacji rzeczywistości przebijają się peany na cześć tego, czy owego „wodza”, przeplatane odezwami zagrzewającymi do walki z – często wręcz mitycznym  – „wrogiem”. Po jakiejś godzinie wyłączam telewizor. Robi się cicho. Cicho i dobrze.

 

Gdy odpoczęły moje nadwątlone nerwy, zaryzykowałam i ekran ponownie niepokojąco zabłysnął w mrokach pokoju. Zobaczyłam ludzi, całą masę Kowalskich i Nowaków. Szli, jak wielka rzeka. Ramię w ramię, dając wrażenie siły, równowagi, pędzeni nadzieją, którą dała im wiara w słuszność własnych osądów. Byliby tak maszerowali dalej, gdyby nie napotkali innej rzeki (no, raczej strumyka), o którą rozbił się ich spokój. Brzegi obydwu „ludzkich strug” zawirowały, po czym z ich trzewi wydobyła się lawina inwektyw, która wzburzyła całym tym tłumem. Wyłączyłam telewizor. Znowu nastała cisza.

 

Trudno dzisiaj szukać wśród polityków tego, który z miłości do swojego kraju chciałby poświęcić własne ambicje zawodowe. Człowieka, który pragnąłby reanimować, przywrócić życiu społecznemu potężną siłę, jaką jest zgoda. Niestety, władza deprawuje, odrealnia. Ławy sejmowe pełne są zadufanych w sobie, interesownych ludzi. Wybrańcy narodu za nic mają swojego suwerena. Rządzą i dzielą. Nikomu, po żadnej stronie barykady, zdaje się już nie zależeć na spokoju, zgodzie wśród społeczeństwa. Pewne stare przysłowie zyskało współczesny, niewesoły szlif: „Gdzie dwóch się kłóci, tam polityk korzysta”.

 

Nie – przyzwoitość polityczna

Standardowy

 

Odnoszę wrażenie, że przyzwoitość na scenie politycznej to dzisiaj cecha deficytowa. Jest ona na tyle szczególna i unikatowa, że jednostka, u której się chwilowo objawia, zaczyna natychmiastowo być otaczana nimbem chwały. Dlaczego tak się dzieje? Czy cecha ta jest uważana za wyjątkową również wśród tzw. „zwykłych”, nie mających zawodowo nic wspólnego z polityką, obywateli?

 

Przeczesuję myślami kilka ostatnich dni. Dzisiaj rano widziałam młodą dziewczynę pomagającą pozbierać z chodnika mandarynki starszej pani, która najwyraźniej przeceniła pojemność swojej płóciennej torby. Wczoraj zaś usłyszałam „przepraszam”, gdy nieznajomy delikatnie potrącił mnie ramieniem przy wejściu do apteki. Natomiast dwa dni temu byłam świadkiem tego, jak pewna kobieta oddawała podniesiony na parkingu przed marketem portfel do punktu informacji z prośbą, by jego  pracownicy postarali się znaleźć właścicielkę zagubionej portmonetki zawierającej dokumenty, karty płatnicze i pieniądze. Nie mam problemu, by znaleźć w pamięci więcej tego typu zdarzeń, które pięknie obrazują uczciwość przeciętnego zjadacza chleba.

Z takich codziennych przyzwoitości żaden człowiek nie robi specjalnego „cyrku”. Nikt nie podbiega do młodej dziewczyny, by wielkimi słowami dziękować jej za okazaną starszej pani pomoc. Za usłyszane przepraszam odpłacam się zwykłym, zdawkowym „nie ma za co” okraszonym grzecznym, delikatnym uśmiechem. Kobiety oddającej znaleziony z dokumentami portfel też nikt specjalnie nie czci. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Przyzwoitość to naturalny element życia większości ludzi. Chcemy być traktowani etycznie, więc również sami odnosimy się do innych uczciwie i grzecznie. Nie oczekujemy poklasku.

 

Skoro przyzwoitość jest czymś naturalnym, nie wymagającym hymnów pochwalnych wśród części „zwykłego” społeczeństwa, dlaczego w rzeczywistości politycznej budzi ona tyle emocji? Polityk też człowiek, prawda? Gdyby, na przykład, nasi ministrowie byli „bytami pozaziemskimi”, zrozumiałabym peany, które wywołał przyzwoity odruch jednego z nich. Kto wie, jaką etyką kierują się takie „zielone stworki” z jakiegoś Jowisza, czy innego Merkurego? Sama ucieszyłabym się jak nie wiem co, gdyby taki twór pozaziemski ujawnił zachowanie, które pokazałoby jego kompatybilność z naszą ziemską, ludzką moralnością. Ulga byłaby wielka, bo nie chciałabym aby błękitną planetę odwiedziły bezduszne stwory i ziścił się jakiś chory, filmowy scenariusz walki „obcych” z ludzkością. Niestety (a właściwie to stety ), politycy są ludźmi, więc moje pytanie – odnośnie fenomenu entuzjastycznego witania okruchów przyzwoitości wśród tej grupy zawodowej – pozostaje wciąż bez odpowiedzi. Deklaracja wicepremiera Piotra Glińskiego odnośnie organizacji pozarządowych wywołała u wielu wręcz ekstatyczne reakcje. Padały słowa o dumie i zachwycie. Gratulowano mu gotowości do (z pewnością słusznych i należnych osobom nękanym pomówieniami) przeprosin. Ogłoszona publicznie chęć kajania się za pewne telewizyjne publikacje, oprócz nimbu wielkości moralnej skruszonego polityka, jednocześnie cudnie ugruntowała powszechną wiarę społeczeństwa polskiego w niezależność pewnej telewizji od władzy (taki bonusik dla kabareciarzy).

 

Przyzwoitość stała się cechą unikatową w politycznym świecie. Żyjemy w czasach, gdy nikogo zdaje się nie dziwić to, że tematem numer jeden w wielu liczących się mediach jest „pieśń pochwalna” wobec kroku jednego z czynnych uczestników współczesnej sceny partyjnej Polski, który głośno wyraził swoją chęć przeprosin za pewne spekulacje ukazujące się w jednym z programów informacyjnych. Uczciwość w polityce jest na tyle szokująca, że gwarantuje niemal tak wysoką oglądalność, jak niegdyś westerny (puszczane w telewizji przez złośliwców nazywanej dzisiaj rządową). Dobre, etyczne odruchy należy doceniać, jednak i w takim chwaleniu powinno się zachować umiar. Trudno oprzeć się wrażeniu, że odruch przyzwoitości w politycznej rzeczywistości został odebrany jako rzecz niezwykła, wręcz nietypowa. Zdecydowanie wolałabym, aby uczciwość wśród naszych mężów stanu była tak powszechna i pospolita, jak u nas – zwykłych zjadaczy chleba. Aby stała się standardem, nie zaś dziwacznym, „medialnym” odstępstwem od normy.

Emocje pani poseł?

Standardowy

 

 Pewna pani postanowiła wybrać się do kina. Jak pomyślała, tak i zrobiła. Sztuka, w swoim zamyśle, ma oddziaływać na odbiorcę. Stało się i tak w przypadku wspomnianej powyżej kobiety. Obejrzany film najwyraźniej bardzo wstrząsnął jestestwem tejże pani. Tak bardzo, że na fali nowo narodzonych refleksji w jej umyśle doszło do narodzin, niemal epokowych (sic!), refleksji. I nie byłoby w tym nic specjalnie ciekawego, gdyby nie fakt, że ową panią była posłanka VIII kadencji na Sejm Rzeczpospolitej Polskiej. Dodatkowo, kobieta ta nie zachowała swoich „złotych myśli” dla siebie samej – postanowiła szczodrze podzielić się nimi z resztą świata.

Z emocjami tak już bywa, że potrafią przysłonić nam zdrowy rozsądek. Czy tak stało się w przypadku pani posłanki? W swojej pisemnej wypowiedzi* zaproponowała, aby każdy niekatolik (czyli ateista, prawosławny i muzułmanin) podpisywał oświadczenie, w którym poświadczałby swoją wiedzę z zakresu polskiej Konstytucji, a także wartości uznawanych w Polsce za ważne. Gdyby komuś ręka zadrżała, przez co stosownego podpisu nie byłby w stanie złożyć, czekałaby go kategoryczna deportacja z naszego pięknego kraju. Napisawszy te słowa posłanka oddała tekst do redakcji, która – chyba również wiedziona emocjami autorki – bezrefleksyjnie posłała te głębokie przemyślenia w świat. Wielkie było zdziwienie pani poseł, gdy okazało się, że społeczeństwu polskiemu nie przypadły do gustu jej propozycje ulepszeń „polskości” narodu. Sprowokowana emocjami – tym razem nie swoimi, tylko czytelników – usiadła i napisała wyjaśnienie dotyczące swoich wcześniejszych słów. Okazało się, że pani poseł nic nie ma do naszych rodzimych ateistów, czy muzułmanów. Jej propozycja deportacji miałaby dotyczyć tylko krnąbrnych, nie chcących porzucić swojej wiary (bądź nie-wiary), emigrantów. Uff?

Internet to żywa, bardzo twórcza „tkanka”. Na znanym portalu społecznościowym błyskawicznie powstała strona pod prostym, acz jednoznacznym tytułem: „Lista pasażerów pierwszej deportacji Beaty Mateusiak-Pieluchy”. Historie, w których objawia się oderwanie od rzeczywistości elity rządzącej, lubią się powtarzać. Społeczeństwo przed przejawami napadowego „obłędu” socjety politycznej lubi  pocieszać się pewnym sprawdzonym, darmowym lekarstwem – śmiechem.  Za okazję do niego można by było nawet tej pani podziękować, gdyby nie ten przykry fakt, że jest ona posłanką Rzeczpospolitej Polskiej. Człowiekiem, który – teoretycznie – może mieć wpływ na przyszłość całego narodu. Tekst posłanki odsłonił wielkie braki w jej wiedzy o „wartościach uznawanych w Polsce za ważne”. Gdyby znała i nosiła w swoim sercu słowa Preambuły Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej**, nigdy nie zasugerowałaby deportacji niekatolików. Wiedza to klucz do mądrości.

 

Przyznam, że nie wierzę w przypadki, gdy w grę wchodzi polityka. Teoria o czysto emocjonalnym źródle wypowiedzi posłanki jest tylko teorią, w dodatku mało wiarygodną. Nikt z partyjnych przełożonych nie napiętnował oficjalnie jej słów. Kto wie, może to jeden z wielu tropów uchylających rąbka tajemnic przyszłości naszego kraju? Być może posłanka myślała o Konstytucji, której wprowadzenia pragnie PiS? Mamy się śmiać, czy już bać? Czas przymusowych konwersji odcisnął krwawe piętno na kartach historii. Okazało się, że nie można zmusić – ani siłą, ani pieniądzem – nikogo do wiary. To absurd, w który wierzyły tylko ustroje autorytarne. Czy ta karta historii musi się znowu powtórzyć, aby w przyszłości już nikt, nigdy nie negował prawa do – należnej z urodzenia każdemu człowiekowi - wolność wyboru ? Oby nie. 

 

 

 

*Oto fragment wypowiedzi posłanki: „Powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych  czy muzułmanów oświadczeń, ze znają i zobowiązują się w pełni respektować polską konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnienie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji” .

** Fragment Preambuły Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej:

„…my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej,

zarówno wierzący w Boga

będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna,

jak i nie podzielający tej wiary,

a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł,

równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski…”.

 

 

 

 

 

 

 

Gen teorii spiskowych kontra empatia

Standardowy

 

 Jakiś czas temu przeczytałam gdzieś, że niektórzy ludzie rodzą się ze specjalnym genem, który decyduje o ich skłonnościach do wiary w tzw. teorie spiskowe. Przyznam, że po lekturze wyżej wspomnianego artykułu z mojej piersi wydarło się wielkie westchnienie ulgi. Dlaczego? Każdy, w miarę twardo stojący na ziemi człowiek, z radością powita akademickie wytłumaczenie dziwnego, społeczno – politycznego, szaleństwa, funkcjonującego w odniesieniu do katastrofy smoleńskiej, które dzieje się w Polsce już od ponad sześciu lat. Naukowy fakt zawsze lepszy od widma zaraźliwego obłędu, to proste. 

 

Teorie spiskowe mają w sobie wiele uroku. Potrafią sprawić, że czyjeś nudne, wypełnione codzienną szarością życie, zyskuje nagle jakiś szerszy kontekst, niemal światowy blichtr. W końcu każdy może dywagować nad taką teorią, tworzyć szereg odpowiedzi na niezadane głośno pytania. W dobie miłościwie nam panującego internetu, dowolny zwolennik szalonych gdybań ma możliwość wylania swoich głębokich (najczęściej tylko jak kałuża) analiz w ocean wirtualnych światów.

To, że jesteśmy narodem wybranym, wie – po obowiązkowej lekturze naszego wielkiego, narodowego wieszcza  - każde dziecko. Nic więc dziwnego, że niektóre jednostki wywodzące się z  naszej, niewątpliwie wybitnie zdolnej oraz ambitnej, nacji nawet taką prozaiczną, trącącą nutką szaleństwa, teorię spiskową potrafią wynieść do rangi wielkiej sztuki.

Twórca nobilitacji jednej z szalejących od ponad sześciu lat w umysłach Polaków teorii spiskowej, okazał się prawdziwym mistrzem tematu. Jego upór i determinacja sprawiły, że teoria zamachu smoleńskiego zyskała w naszym kraju miano „religii smoleńskiej”. Jak wiadomo, każda religia niesie za sobą rzeszę wyznawców, rodzi potrzebę oddawania hołdu obiektowi czci, ale i potrzebuje swoich „diabłów”. Zadbał i o to stwórca nowej wiary. Siłami nieczystymi zostali mianowani wszyscy ci, którzy w tę teorię nie wierzą, ba, nawet ośmielają się używać do opisu jej źródeł argumentów rzeczowych. Obecnie podejrzanymi o konszachty ze „złym” stają się także jednostki popierające, podobnie jak ja, tradycyjne uszanowanie spokoju zmarłych i woli ich rodzin. Trudno oprzeć się wrażeniu, że kreatorzy „religii smoleńskiej” do umocnienia wiary swoich wyznawców bardzo potrzebują istnienia przeciwników Jedynej Słusznej Prawdy (jakąkolwiek by ona nie była).

Zło nigdy nie śpi. Wie o tym Główny Opiekun nowej, społecznej wiary, który notorycznie swoimi przemyślanymi, zaplanowanymi działaniami budzi przysypiające emocje „wyznawców”. Rozpoczęte właśnie ekshumacje ludzi, którzy zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem, spełnią rolę obrzędów religijnych, bez których żadna „żywa” wiara nie miałaby racji bytu. Jak długo będzie trwało to okrutne widowisko? Dwa, trzy lata? Wszystkie znaki na politycznym niebie wskazują, że spektakl ten potrwa minimalnie aż do następnych wyborów. Odważni, którzy włączą telewizję publiczną, będą mogli oglądać niekończący się spektakl, w przestrzeni medialnej okrzyknięty już ponurym mianem „pornografii śmierci”.

Wiara winna łączyć się z ludzką empatią, współczuciem. Niestety, w przypadku religii powstałej na podwalinach teorii spiskowej, próżno szukać takich dobrych odruchów. Nosiciele genu teorii spiskowych, uwiedzeni przez kreatora „religii smoleńskiej”, wydają się nie posiadać zbyt dużo litości. Przekonała się o tym na własnej skórze wdowa po tragicznie zmarłym w katastrofie funkcjonariuszu służby BOR, pani Krystyna Łuczak – Surówka. Grób jej zmarłego męża długo nawiedzany był przez rządnych sensacji wyznawców rodzącej się wtedy „religii smoleńskiej”. Wśród zieleni trawy zrozpaczoną kobietę witały białe karteczki. Nie znajdowała na nich wyrazów współczucia i solidarności. „Religia smoleńska” nigdy nie miała w sobie łagodności miłości bliźniego swego. Jej szkielet zbudowany został na podejrzliwości, jadzie i okrucieństwie. Biel kartek zdobiących, jak ponure konfetti, murawę grobu plamiły pejoratywne epitety pod adresem zdrętwiałej ze smutku i rozpaczy, wdowy. Jakie dłonie zapełniały pustą przestrzeń tych karteczek? Przy wtórze bicia jakich serc?

Gen teorii spiskowych najwyraźniej blokuje w ludziach empatię. Nie ma innego dla mnie wytłumaczenia. Nie chcę wierzyć, że człowiek może pałać nienawiścią do drugiego, obcego człowieka. Że ta nienawiść jest tak wielka, że za nic ma żałobę i szczery, wielki ból drugiego człowieka w strasznym, nagłym nieszczęściu. Nie chcę wierzyć, że ten cały jad to kwestia podłości, którą budzi fanatyzm religijny. Nie, na pewno wszystkiemu winny jest gen teorii spiskowych. Bo ludzie u nas dobrzy, życzliwi i czuli na nieszczęście innych. Inaczej być nie może. 

Nowe auta suwerena

Standardowy

 

 

Patrzę przez okno na sznur jadących z miejscowych zakładów pracy samochodów. Trudno w tym korowodzie znaleźć błysk fabrycznie nowej karoserii. Zastanawiam się, czy właściciele tych – w większości – bardzo leciwych, poczciwych aut, zdają sobie sprawę z czekającego ich szczęścia? Czy mknący w bladej poświacie jesiennego popołudnia zmęczeni pracą, w większości fizyczną, ciężką i żmudną, kierowcy wiedzą o tym, jak bardzo włodarze naszego pięknego kraju  wierzą w ich gospodarność?

 

W jednym z mijających moje okno aut siedzi znajoma kobieta. Jej kilkunastoletni cinquecento już z daleka przyciąga mój wzrok nietypowym, modnym tej jesieni na wybiegach wielkiego świata, kolorem musztardowym. Pracuje w miejscowej szwalni, jej zarobki to kwota oscylująca w granicach najniższej krajowej. Jak zawsze jedzie wolno, ostrożnie pokonując teren zabudowany. Na jej twarzy gości zmęczenie. Co drugi tydzień zaczyna pracę o szóstej rano. Jej mąż, pracownik firmy budowlanej, wraca kilka godzin później, innym, prawie dwudziestoletnim autem. Szczęściarze nie mają pojęcia, jak wiele jest w stanie zrobić ich ukochany, podnoszący rodaków z kolan i wieloletniej niedoli rząd, by uczynić z nich posiadaczy błyszczących, nowiutkich samochodów. 

 

  Plan jest tak prosty, że wręcz błahy. Nie wiem, jak to możliwe, że nikt dotąd tak nie potrafił zmobilizować narodu? Proszę bardzo, oto kilka ekonomicznych bodźców, które – podobno -skierują „Kowalskiego” prosto do salonu z nowiuteńkimi samochodami. Wspomniana powyżej krawcowa wraz z mężem zostanie prawdopodobnie obłożona corocznym, obowiązkowym podatkiem za użytkowanie każdego auta liczącego sobie więcej, niż lat dziesięć. Kolejna kwestia dotyczy obowiązkowych ubezpieczeń pojazdu, czyli OC. Towarzystwa Ubezpieczeniowe dostały „zielone światło” i namiętnie, wręcz na wyścigi, podnoszą kwoty ubezpieczeń aut. Jeżeli to zmartwi krawcową, której opłaty mogą wzrosnąć nawet o kilkaset procent za każde, niezbędne, aby móc dojeżdżać do pracy, stare auto, myślę, że sporym dla niej i jej rodziny pocieszeniem będą słowa jednego z polityków. Ten – z jowialnym uśmiechem na rumianej twarzy – tłumaczył swego czasu suwerenowi, że dzięki takim właśnie krokom Towarzystw Ubezpieczeniowych jego ukochany suweren, w razie zostania ofiarą wypadku drogowego, będzie lepiej chroniony finansowo. Krawcowa na pewno poczuje ulgę, gdy się o tym dowie. Pal licho niedopinający się domowy budżet! Wizja wielkich odszkodowań na pewno bardzo pokrzepi suwerena, to oczywiste i bezdyskusyjne. Kto nie marzy o tym, żeby intratnie stracić zdrowie w wypadku drogowym, prawda? Kolejny krok prowadzący naszą krawcową do kupna nowego auta będzie aktem największej rządzących wiary w gospodarność swojego suwerena – niebotycznie podrożeją opłaty akcyzowe dotyczące aut używanych. Dojdzie do takich absurdów, że kwota akcyzy niemal kilkunastokrotnie przewyższy cenę sprowadzanego, mocno przechodzonego, za to stosunkowo taniego (dzięki temu cenowo dotąd dostępnego nawet dla osób zarabiających niewiele) auta.

 

Włodarze naszej Polski swojego suwerena kochają nade wszystko, o czym często i gęsto publikę zapewniają. Ta miłość jest tak wielka, że nie dostrzegają realiów codziennego życia swojego ukochanego narodu. A suweren biedniutki, bo aż w ponad 60% pomykający do prac przeróżnych autami mającymi powyżej dziesięciu lat. Z niedowierzaniem więc przecieram oczy i uszy, gdy z ekranu telewizora płyną do mnie słowa polityków sugerujące, że wspomniane powyżej przeróżne  myta katapultują suwerena ze starych automobili wprost w objęcia wygodnych kanap pachnących fabryką nowiuteńkich, błyszczących samochodów. Wiara w naród, to rzecz chlubna, mimo to – nic na to nie poradzę – budzi się we mnie niechciana, zdradliwa wątpliwość. Bo że Polak potrafi, to wiem, ale i wiem o tym, że z pustego, to i nawet Salomon nową bryką nie pojeździ.

 

Działając w tzw. dobrej wierze, mam radę dla włodarzy naszego kraju. Zajrzyjcie czasami do podręczników historii. Polecam np. historię Francji, lata panowania ostatniego króla Ludwika i jego żony. Wprowadzane przez nich, wręcz lawinowo, podatki bardzo obciążyły biedny, ledwo wiążący koniec z końcem, lud.  Dla Ludwika wybiła sądna godzina, gdy jego suweren nie zdzierżył dłużej swojego ciężkiego losu żywiciela Wersalu. Co było potem? To, co zawsze następuje po srogiej zimie – wiosna, oczywiście!  ;-) 

Ruszają „natretne-mysli-publicystycznie”!

Standardowy

 

 

Świat wyobraźni zawsze pociągał mnie bardziej od spraw przyziemnych, codziennych. Dlaczego? Życie nigdy nie głaskało mnie łaskawie po głowie, zawsze brakowało dobrych dłoni, które przyjaźnie poklepałyby mnie po ramieniu w trudnych chwilach . Wszystko zmieniałam, wykuwałam swoim uporem, poświęceniem i wiarą w to, że nawet najczarniejsza noc kiedyś w końcu musi się skończyć. Tak było – życiowe noce mijały, często przedzielane zaledwie krótkim, mdławym, zgoła „grudniowym” światłem.  Z czasem dotarło do mnie to, że istnienie nocy nie wyklucza jednoczesnego współistnienia słonecznego dnia. Absurd? Nie sądzę, ot, zwykłe, codzienne szaleństwo, jakich wiele.

 

Dojrzewanie to proces, który nigdy się nie kończy. Właściwość ta dotyczy zarówno pojedynczego człowieka, jak i całych społeczeństw. Życie stawia przede mną kolejne wyzwania, budzi nowe obawy, straszy wyobrażeniami nagłych klęsk, ale i pociesza wizjami niekończących się wariantów szczęśliwych zakończeń. Wiedza daje wolność, zabierając jednocześnie spokój ducha. To proces nieodwracalny. Nie sposób cofnąć „wskazówek zegara” i wymazać przeszłości. Show must go on.

 

Dzisiaj dojrzałam do kolejnych wyzwań. Moje „natretne-mysli” dały mi wiele energii i radości w trudnych czasach. Pomagały (i wciąż pomagają) godzić się z tym, z czym pogodzić się nie potrafię do dnia dzisiejszego. Dojrzałość niesie ze sobą coraz więcej pytań, na które nie sposób znaleźć jednej, konkretnej odpowiedzi. Świat się zmienia. Społeczeństwa są wciąż targane przez stare, dobrze znane historykom, namiętności. Przed współczesną ludzkością bezustannie staje mnóstwo nowych wyzwań, a każdy dzień rodzi problemy, których nikt dotąd przed nami nie musiał rozwiązywać. Historia kołem się toczy, jednak czas nie stoi w miejscu, więc i „krajobraz” zdarzeń ciągle się zmienia, zmuszając nas do ciągłego rozwoju. Biegnij, albo zgiń – wybór nie zawsze zależy od nas.  Wykrzykiwane na łamach modnych magazynów hasło „Wszystko zależy od ciebie!” zgrzyta w kontakcie z prozą codzienności. Mnożące się w mojej głowie znaki zapytania, wątpliwości, obawy, zdziwienia znajdą swoje odzwierciedlenie w „natretnych-myslach-publicystycznie”.  Będzie i strasznie, i śmiesznie – zapraszam!